Małecki, Wiechnik, Ciarkowska || Książki, które czytam w tramwaju

Pierwszy ( i zarazem ostatni) wpis z serii “Książki, które czytam w tramwaju” ( Stasiuk, Kowalewski, Stuhr) napisałam pod koniec 2017 r. , a później prezydent Majchrowski postanowił ROZKOPAĆ WSZYSTKO i przestałam jeździć tramwajami (tak często).

Chciałam być uczciwa, więc nie mogłam w tej serii pisać o książkach, które czytam w autobusie/łóżku/na kanapie/w toalecie/na balkonie. Dlatego nie pisałam wcale. Ale teraz pomyślałam “Chrzanić uczciwość, ten tytuł jest za dobry, by się marnował!”, dlatego od dziś będę Was oszukiwać, że oto te wszystkie książki pochłonęłam w pasażerskim pojeździe drogowym o miejscach siedzących dla więcej niż dziewięciu osób, podłączonym do przewodów elektrycznych* 

*pobieżna definicja tramwaju według Wikipedii.

Jakub Małecki “Nikt nie idzie”, czyli wszyscy mówią, że dobry, a on rzeczywiście jest dobry!

Wiem, że to nieładnie oceniać ludzi po fizjonomii, ale obejrzałam kiedyś wywiad z Małeckim i pomyślałam, że on nie może być dobrym pisarzem. Że za ładny, za bardzo taki zwyczajno-chłopacki, za mało “inteligencko-dehnelowski”. Jezusku w morelach, jakież to było durne myślenie! Jakub Małecki pisze świetnie, a jego “Nikt nie idzie” to chyba najświeższa książka, jaką przeczytałam w tym roku. Nie spodziewałam się po tej książce niczego, nie miałam żadnych założeń, bo wcześniej nic tego autora nie czytałam.

Słyszałam, że pisze dobrze, ale o kim się tego nie słyszy, a później się gryzie paznokcie ze zgryzoty nad słabym tekstem. Tymczasem ta krótka książka rozłożyła mnie na łopatki. Jest bardzo kameralna, składa się z krótkich rozdziałów (w zasadzie osobnych opowiadań), które jednak składają się w szalenie interesującą całość. Jest tam wszystko co lubię najbardziej: historia podana z różnych perspektyw, świetna fraza, brak zgrzytów fabularnych, no i ciekawy pomysł, jak to wszystko zgrabnie połączyć.

Tutaj powinno się znaleźć nieco więcej informacji o fabule książki, ale pomyślałam, że skoro sama poczytuję zaskoczenia za plus, to może Ty też tak masz. Powiem więc tylko, że rzecz dzieje się w Warszawie (chociaż nie tylko), bohaterowie i bohaterki mierzą się ze zwykłym życiem i zwykłą śmiercią, a Małecki sprawił, że jesteśmy tych zmagań bardzo blisko.

Pisałam o świetnej frazie, a że nie lubię być gołosłowna, to mam kilka przykładów:

* * *

“Ursynów był jak miasto w mieście, jak inna planeta; wszystkiego tu było za mało albo za dużo. (…) Do centrum za daleko, sąsiedzi za blisko, te wszystkie życia oddzielone wielką płytą, przez którą słychać było każdy dźwięk.”

“Minął kolejny rok, choć zdawało się, że były to góra dwa miesiące. Dni wymykały się jeden spod drugiego: po poniedziałku następowała środa, po niej zaraz piątek, niedziel prawie nie było. Oboje czekali, aż wydarzy się wreszcie coś ważnego, bo chyba niemożliwe, żeby zawsze było tylko tak.”

“Również czas płynął tu nierównomiernie: wzdłuż Grochowskiej rozciągał się głównie rok 2017, ale wystarczyło zejść z chodnika, by zobaczyć leżące między budynkami lata dziewięćdziesiąte, pani kochana, świeże jaja, detergenty tanio, smalec i u mnie wszystko po dwa złote.”

* * *

Już nie mogę się doczekać kolejnych książek Małeckiego, a na szczęście mam duże zaległości, więc zapasy nieprzeczytanych jeszcze książek wystarczą mi na jakiś czas! 

Olga Wiechnik “Posełki. Osiem pierwszych kobiet”, czyli nadal przeglądamy się w międzywojennym lustrze

Olga Wiechnik napisała książkę bardzo potrzebną, świetną warsztatowo, a przede wszystkim szalenie interesującą. Ta książka to “Posełki. Osiem pierwszych kobiet” i dotyczy (jak się zapewne domyślacie) pierwszych polskich posłanek. Z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości pisałam o tym, że udział kobiet w historii Polski nadal jest traktowany po macoszemu (Kobiety w historii Polski – brakująca połowa dziejów?). Chciałabym napisać, że od tego czasu sytuacja się poprawiła, ale niestety nie jestem aż tak optymistyczna, przed nami jeszcze mnóstwo pracy. Dlatego tak cieszą wszelkie inicjatywy, które przypominają, że w historii powszechnej (sic!) obecne powinny być także kobiety. W końcu stanowimy, bagatela, połowę społeczeństwa.

Jak mówi Rafał Hetman w swoim podcaście, ta książka jest lustrem, które autorka “przystawia pod nos współczesnemu społeczeństwu”. To bardzo trafne spostrzeżenie, chociaż niestety niezwykle smutne, bo pokazuje, jak niewiele się przez te 100 lat zmieniło w kwestii praw kobiet w Polsce (choć wydawałoby się, że zmieniło się wszystko).

Tutaj zrobisz test “Czy żyjemy w XX-leciu międzywojennym? [quiz]

Autorka włożyła wiele pracy, by odnaleźć informacje o swoich bohaterkach. Najwięcej dokumentów i spisanych relacji pozostawiła po sobie Zofia Moraczewska, która pisała także o tym, że “kobiety znane są z tego, że sprawozdań pisemnych boją się jak ognia! To też prace ich, często niezmiernie cenne – giną z czasem w zapomnieniu (…) Nie idzie bynajmniej o samochwalstwo, ale o dokładne i sumienne zestawianie faktów.” i trudno się z tym zdaniem nie zgodzić. W przypadku Franciszki Wilczkowiakowej trudno było pozyskać chociażby jej fotografię, nie mówiąc o dokumentach. 

W książce, która ma aż 8 bohaterek łatwo byłoby wpaść w chaos informacyjny, jednak “posełki” są tak różne, że ich opowieści raczej się uzupełniają, niż konkurują ze sobą. Książka składa się z 8 rozdziałów, z których każdy jest poświęcony innej “posełce”. Rozdziały są przeplatane tekstami Zofii Moraczewskiej, która staje się niejako naszą przewodniczką po tej historii. Dzięki jej spostrzeżeniom, dokumentom i listom widzimy też szerszy kontekst, możemy lepiej poczuć klimat tamtych czasów, dowiedzieć się więcej o trudnościach społecznych i politycznych, z jakimi musiały mierzyć się kobiety. 

Olga Wiechnik wykonała mnóstwo pracy archiwistycznej i reporterskiej, a całość napisała w przystępny i bardzo wciągający sposób. Jest w tej książce miejsce na szerszy ogląd wydarzeń historycznych, dużo miejsca autorka oddaje bohaterkom swojej książki, które mogą mówić o sobie własnym głosem. Przez tekst prześwituje także osoba autorki i jej zdanie na temat wielu spraw poruszanych w książce. Nie uważam tego za minus, wręcz przeciwnie – cieszy mnie obecność autorki w tekście i jej chęć wchodzenia w polemikę. Pozwala mi to lepiej poczuć siostrzeństwo, zarówno z “posełkami”, jak i z samą autorką, jest też łącznikiem między ich i naszą teraźniejszością. 

Serdecznie polecam Ci tę lekturę, bo uważam, że to wielki wstyd, że tak łatwo zapominamy o kobietach w naszej historii. A jeśli nie będziemy o tym czytać, myśleć i przekazywać tej wiedzy dalej, to nigdy nic się w tej materii nie zmieni. Dlatego warto pamiętać o kobietach, które przetarły nam szlaki do działań społecznych i politycznych, do współuczestniczenia we władzy i do brania spraw w swoje ręce.

Anna Ciarkowska “Pestki”, czyli uważaj na słowa

“Pestki” to nie jest lektura lekka, łatwa i przyjemna. Wręcz przeciwnie – czyta się ją trudno i dość mozolnie. Powodem bynajmniej nie są braki warsztatowe autorki, ale to, że każdy rozdział daje dużo do myślenia.

Składa się z malutkich rozdziałów (takich na pół strony, stronę), a każdy z nich zaczyna się od słów, które bohaterka książki kiedyś usłyszała i które “zapadło w nią jak pestka”. Przytaczane przez bohaterkę słowa są mi doskonale znane i podejrzewam, że Tobie również: “nie udawaj”, “jesteś jeszcze dzieckiem”, “ludzie patrzą”, “przesadzasz”, “nie jesteś pępkiem świata”, “jesteś jakaś dziwna”, “jak będziesz w moim wieku, to zobaczysz”, “uśmiechaj się”, “kiedy ty sobie wreszcie kogoś znajdziesz?”, “ogarnij się” – to tylko kilka przykładów. 

Dzięki lekturze “Pestek” uświadomiłam sobie, że rzeczywiście żyjemy w “świecie utkanym ze słów matek, babć, koleżanek, nauczycielek, chłopaków, kochanków, partnerów”. Prawie każde ze słów rozpoczynających poszczególne rozdziały przynosiły coraz to nowe fale wspomnień, często niezbyt przyjemnych. Mimo to ( a może właśnie dlatego) uważam, że to lektura szalenie ważna i myślę, że będzie idealna dla osób skłonnych do autorefleksji, ale najbardziej pomoże tym z nas, którzy do tej pory stronili od rozmyślania o życiu, jako formy spędzania wolnego czasu. Ta książka działa bezpardonowo, więc to świetny pretekst, by na starość mieć mniej refluksu, a więcej refleksji.

Na koniec uwaga bardziej techniczna. Od jakiegoś czasu czytam więcej książek na czytniku, ale są takie książki, które należy mieć w papierze i trochę sobie na ten papier popłakać, a trochę pozakreślać ołówkiem zdania, które zostaną we mnie na zawsze. Oprócz tego “Pestki” są przepięknie wydane – książka ma śliczną, minimalistyczną okładkę z wytłoczonym tytułem – kto dzisiaj tak wydaje książki? Otóż Wydawnictwo Otwarte. Polecam więc docenić ten kunszt i książkę zakupić w papierze, później czytać, płakać, postawić na półce i wracać od czasu do czasu do lektury.

A jaką książkę Ty czytasz w tramwaju (lub w autobusie/łóżku/na kanapie/w toalecie/na balkonie)? Daj znać w komentarzu!